Goczałkowickie gospodarstwo Ludwiga Wawrzyczka i jego żony (fot. archiwum)

Zabawki historii

Goczałkowice-Zdrój08.10.2017, 15:02

Oto praca Marka Blachy, która została zakwalifikowana do etapu finałowego IV Konkursu Dziennikarskiego im. Agnieszki Wojtali.

On nazywał się Ludwig Wawrzyczek, urodził się w 1916 roku. Ona nazywała się Elżbieta Moćko i była dwa lata starsza. Tutaj się poznali i tutaj żyli – w Goczałkowicach. Byli moimi pradziadkami.

Cisza przed burzą

– Ślub mieli na wiosnę trzydziestego dziewiątego roku – opowiada moja babcia Maria. – Ich gospodarstwo znajdowało się przy dzisiejszej ulicy Szkolnej, blisko kościoła parafialnego. Tata odziedziczył to po swoich rodzicach, mama przedtem mieszkała obok Boru, gdzie jej rodzice też mieli pola – dodaje.

Moi pradziadkowie mieli dwanaście hektarów ziemi, kilka krów i świń. W oczekiwaniu na pierwsze dziecko doczekali się wojny, która we wrześniu przyszła jakby znikąd. Córka Jadwiga pojawiła się na świecie miesiąc później, bo czwartego października. Były to ich ostatnie wspólne chwile.

Wcielenie do wojska

– Dziadek został wcielony do armii niemieckiej w połowie czterdziestego roku – mówi moja mama. – Na lato został wysłany do Francji, gdzie miał już służyć do końca wojny. Od czasu do czasu pozwalano mu wrócić na przepustce do domu. Za pierwszym razem przywiózł swojej córce piękną lalkę. Ciotka Jadwiga ma ją ponoć do dzisiaj. Wtedy też dziadek doczekał się narodzin drugiej córki Elżbiety, która urodziła się w lutym czterdziestego pierwszego roku. Kiedy dziadek musiał jechać z powrotem, zawsze żegnał się długo – opowiada.

Bez taty

Moja babcia była trzecią córką, urodziła się 28 styczna 1943 roku. – Dopóki Niemcy tu siedzieli to był spokój. Tatę nam wzięli, więc żebyśmy mogli gospodarstwo prowadzić, to nam dwóch Rosjan dali w zamian. Nawet spokojni byli, posłuszni, a jeden z nich zamieszkał tu po wojnie – przyznaje.

Raz tylko kilku Niemców przyszło i jeden z nich się zapytał: „Gdzie jest obrazek Hitlera?” Bo obrazka na ścianie nie było. Mama zrobiła się blada jak ściana, ale potem szybko ich do kuchni zaprowadziła i wyciągnęła obrazek z szuflady. Nie wiem, jakim cudem, ale jakoś się z tymi Niemcami na migi dogadała, co ją nie wywieźli. Bo jak by ją wzięli, to już by nie wróciła. Ja wtedy w szafie w ciocią siedziałam. Pakowała mi cukier do buzi, żebym nie płakała – opowiada babcia przez łzy.

Na wojnie

Opowiada mama. – Dziadek na wojnie, jak sam mówił, to miał szczęście i dzięki temu szczęściu ponoć przeżył. Latem czterdziestego czwartego, kiedy Amerykanie byli już we Francji, szedł ze swoim oddziałem po polach. Nagle usłyszał strzały i schował się w snopku słomy. Po chwili zauważył, jak w sąsiednim snopku schowany był żołnierz wroga. Wpatrywali się w siebie kilka godzin, a dziadek myślał wtedy: „Jak on nie chwyci broni to ja też nie”. Nie wiem jak to się skończyło, ale obaj przeżyli.

W listopadzie natomiast czołgał się po polach. Nagle zauważył, jak wszyscy jego koledzy uciekają. Obok niego leżał odbezpieczony granat. Dziadek zamarł na chwilę, ale szczęście znowu się do niego uśmiechnęło. Widocznie gleba albo powietrze było tak zimne, że granat po prostu nie wybuchnął.

Raz jednak został ranny w nogę i trafił do szpitala. Leżał tam długo i jak sam wspominał, gdyby wtedy jeszcze wrócił na front, to by nie przeżył. Obok niego leżał jakiś niemiecki żołnierz, bez rąk i nóg, niby kadłubek. Raz odwiedził go ojciec, który rozpłakał się gdy go zobaczył. Był to jakiś wysoki rangą oficer. Wyciągnął pistolet i zastrzelił swojego syna.

Dziadek ciągle się wykręcał, byle tylko nie wracać na front. Kiedy mierzyli mu temperaturę, termometr zamiast pod pachę wsadzał sobie w odbyt. Ranę na nodze posypywał siarką, żeby goiła się wolniej. Raz zaczął udawać ostre bóle brzucha i choć nic mu nie dolegało, to dał sobie zoperować wyrostek robaczkowy. Choć po operacji pojawiły się komplikacje, to jednak przeżył.

W Czechach

– Najgorzej było, kiedy do Goczałkowic zaczął zbliżać się front – mówi babcia Maria. – Niemcy wywieźli nas wtedy do Czech. Mnie, moje dwie siostry, mamę i ciocię. Zamknęli nas tam w jakimś starym baraku, gdzie było dużo innych rodzin, także z Goczałkowic. Zostaliśmy tam już do końca wojny – przyznaje.

– Jak raz dosłałyśmy biegunki, to moja ciocia chodziła po wszystkich i prosiła o leki. Wreszcie jakiś Niemiec się nad nami zlitował i dał nam jagody. Pod koniec kwietnia czterdziestego piątego urodziła się moja siostra Gertruda – opowiada.

Wśród obcych

– Wreszcie jednak wojna dobiegła końca i dziadek został jeńcem u Amerykanów. Kiedy wrócił do domu opowiadał, że był to najlepszy czas, jaki spędził za granicą. Karmili go tam bardzo dobrze i często dostawał słodycze. Choć nie znał angielskiego, umiał się dogadać z Amerykanami i ciągle grał z nimi w karty, co zresztą zostało mu jako nawyk do końca życia. Wygrał wtedy ponoć dość niezłą sumę pieniędzy, ale szybko ją stracił, kiedy dowiedział się, że w Polsce nie będą one miały żadnej wartości. Opowiadał też, że po raz pierwszy w swoim życiu widział wtedy murzyna – mówi babcia.

Powrót do domu

– Z siostrami, mamą i ciocią wróciłyśmy do domu na lato czterdziestego piątego. W domu nie było nic. Mama mi opowiadała, że po przejściu Rosjan został tylko krzyż na ścianie, ławka w przedpokoju i wyrwa w murze. Tata wrócił do domu na jesień. Przyszedł w nocy, a mama powiedziała mu, żeby wszedł z drugiej strony, bo z przodu drzwi są zabite deskami. Wszyscy spaliśmy wtedy na słomie – wspomina.

Życie po wojnie

Życie po wojnie wcale nie było łatwiejsze, bo o mojego pradziadka, który przed wojną miał ziemię upomnieli się komuniści. Co jakiś czas musiał oddawać określoną ilość mleka od swoich krów, a kiedy nie miał, to po Goczałkowicach były wywieszane plakaty, na którym był on i dwaj jego koledzy. Podpis pod ilustracją brzmiał: „Kułaki – wyzyskiwacze”.

Moja mama mówi: – Dziadek wtedy ze łzami w oczach odpowiadał: „Dla dzieci nie mam, a wam muszę oddawać?” Tamte lata upłynęły im w biedzie – zauważa.

Ludwig Wawrzyczek, mój pradziadek zmarł trzeciego lutego 1981 roku, moja prababcia, Elżbieta Wawrzyczek, szóstego marca 1996 roku. Pozostawili po sobie sześcioro dzieci i dwanaścioro wnucząt o takich nazwiskach jak: Lazarek, Wysocki czy Blacha. Ich potomkowie mieszkają na całym Górnym Śląsku, a nawet w Wielkopolsce. Ale przede wszystkim mieszkają tutaj – w Goczałkowicach. W domu, w którym kiedyś żyli, mieszka teraz ich najmłodszy syn – Ludwig Wawrzyczek, który jako jedyny z naszej rodziny nosi jeszcze to nazwisko.

Marek Blacha


W związku z wysokim i wyrównanym poziomem prac zgłoszonych do IV Konkursu Dziennikarskiego im. Agnieszki Wojtali zdecydowaliśmy, że opublikujemy na portalu pszczynska.pl wszystkie prace, które dostały się do II etapu konkursu (nie tylko nagrodzone i wyróżnione).

Powyżej opublikowaliśmy tekst Marka Blachy, mieszkańca Goczałkowic-Zdroju.

 

Reklama

pako

T G+ F

Zobacz także

Napisz o bliskiej Ci historii i wygraj 1000 zł!
Napisz o bliskiej Ci historii i wygraj 1000 zł!
Stolarstwo uratowało mu życie
Stolarstwo uratowało mu życie
Witpol - dealer Hyundai
Policjanci rozmawiali z harcerzami o bezpieczeństwie
Policjanci rozmawiali z harcerzami o bezpieczeństwie
Pszczyńska drogówka otrzymała nowy alkomat
Pszczyńska drogówka otrzymała nowy alkomat
W gminie Miedźna świętowano Złote i Diamentowe Gody
W gminie Miedźna świętowano Złote i Diamentowe Gody
gorący temat
Jarmark świąteczny: starosta i burmistrz wzięli chochle w ręce
Jarmark świąteczny: starosta i burmistrz wzięli chochle w ręce
Burmistrz nagrodził za działalność kulturalną
Burmistrz nagrodził za działalność kulturalną
Konkurs: wygraj podwójne zaproszenie do Multikina!
Konkurs: wygraj podwójne zaproszenie do Multikina!
Kiermasz na jarmarku: wspomóż Hospicjum św. Ojca Pio
Kiermasz na jarmarku: wspomóż Hospicjum św. Ojca Pio
JSW ma dać 150 miejsc pracy w Suszcu
JSW ma dać 150 miejsc pracy w Suszcu
Bezpłatne porady prawne także w przyszłym roku
Bezpłatne porady prawne także w przyszłym roku

Komentarze:

treść:
autor:

SQL: 19