Tyłkiem do góry na szczęście! Wywiad z Jolantą Fraszyńską

17.08.2006, 15:27

Mówi o sobie, że zawsze była bardzo widoczna. I trudno się z tym nie zgodzić. Jolanta Fraszyńska, bo o niej mowa, energią i zapałem mogłaby obdzielić niejednego z nas. Niewiele ponad 150 cm wzrostu, wygląd nastolatki (w rzeczywistości 38 lat) i niesamowity temperament... Była już drugim „znanym” gościem w szkole w Porębie w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Dzieciaki, mimo wakacji, zebrały się ekspresowo, gdy okazało się, że przeczyta im bajkę. A wpadła tam na zaproszenie prezes Stowarzyszenia Omnibus, Grażyny Łebeckiej. Zgodziła się opowiedzieć nam o sobie... Zagrałaś w wielu filmach i spektaklach, ale wielbiciele małego ekranu kojarzą Cię głownie z rolą Moniki Zybert w serialu „Na dobre i na złe”. Czy prywatnie jesteś podobna do swojej serialowej bohaterki?
W serialu, który jest emitowany już od 6 lat, trudno jest stworzyć kreację, która byłaby odrębna od tego jaka jestem naprawdę. Myślę, że Monika jest w jakimś stopniu do mnie podobna, ale gdybym mogła, dałabym jej więcej charakterystyczności, bo ja chyba mam jednak większy temperament. Ona jest czasami za „legawa”, więc bardziej bym ją podkręciła.

W której roli najbardziej się spełniłaś aktorsko?
Na pewno w rolach czechowowskich, które grałam pod kierunkiem Jerzego Jarockiego czy Krystiana Lupy. Oni obaj są wielkimi reżyserami teatralnymi. I muszę przyznać, że mam szczęście do reżyserów teatralnych. Na tych filmowych jeszcze cały czas czekam. Ale niewątpliwie moją ważną rolą filmową jest postać Gośki Riedel w „Skazanym na bluesa”. Tam było co zagrać, bo to jest kawał dramatu kobiety i bardzo się cieszę, że dane mi się było z tym zmierzyć. Zresztą ta rola przyniosła mi sukces, bo została nagrodzona „Złotą Kaczką”, była też nominowana do „Orłów”. Im dalej jestem od roli Dony w „Killerach”, tym bardziej ją lubię i milej wspominam tę kreskówkę.

Wolisz komedie, czy dramaty?
Ja lubię płodozmiany. Po każdej roli, gdzie muszę korzystać z predyspozycji komediowych, chciałabym zagrać dla „higieny” coś zupełnie odwrotnego. Wtedy można się rozwijać, bo szuka się nowych środków wyrazu. I właśnie to jest najfajniejsze w tym zawodzie, że na bazie tekstu i czyjejś wyobraźni tworzy się zupełnie inne postaci, na bazie jednego ciała tworzy się różne psychofizyczne typy...

W aktorstwo wpisana jest popularność. Lubisz wzbudzać zainteresowanie?

To dwa nieodłączne elementy. Pewnie gdybym nie była popularna, byłabym osobą sfrustrowaną. I nie powiem, że to nie jest fajne, gdy ludzie się uśmiechają do mnie bez powodu. Jednak nie bardzo lubię sytuacje, kiedy muszę na zawołanie „robić za gwiazdę”. Dla mnie ten termin jest obcy, ja po prostu wykonuję zawód aktorki. Ale to jest szalenie miłe, kiedy wiem, że ludzie mnie lubią i akceptują.

A czy ciągle młodzieńczy wygląd pomaga w tym fachu?
Właśnie przez to, że ciągle jeszcze wyglądam dosyć młodo, nie potrafię się zmierzyć z takim „upierdliwym” zachowaniem, kiedy rówieśnicy mojej córki klepią mnie po ramieniu, w stylu „A cześć!” lub krzyczą: „Dona!”. Czuję się wtedy zażenowana, bo nie wiem, jak się zachować. Dziewczęca sylwetka przeszkadza z tego względu, że ludzie mnie średnio poważnie traktują. Ale staram się z tym radzić. Zresztą jest wielu drobnych aktorów. A kamera jest dla nas łaskawsza, bo w telewizji wszyscy wyglądają na większych niż są w rzeczywistości. W teatrze z kolei nie liczy się fizyczność tylko siła, czyli to, czy ktoś potrafi się przedostać przez rampę. A mnie to jak najbardziej wychodzi.

Masz dwie córki: 16-letnią Nastkę i 2-letnią Anielę... Lepiej być młodą, czy dojrzałą mamą?
Pierwszą córkę urodziłam w młodym wieku (22 lata – przyp. red.) i nie wiem czy byłam do tego przygotowana. Starałam się jak mogłam, zawsze byłam uczciwą i troskliwą mamą na tyle na ile umiałam. Nie potrafiłam jednak stawiać granic. Nastka jest osobą wyższą ode mnie, postawniejszą i to moje trochę partnerskie podejście do niej pokutuje. Mogłam być nieco bardziej mamą, niż koleżanką. A Anielę wychowuję już inaczej. Umiem stawiać granice i wiem, że dzieciom jest to bardzo potrzebne.

Co robisz z wolnym czasem? Wiem, że uwielbiasz gotować...
Już mi się nie chce (śmiech). Teraz jak tylko mogę, to jem poza domem. Mam już za sobą etap omnibusa - kogoś kto się doskonale sprawdza na wszystkich płaszczyznach. Aktorki, która wraca z pracy zmęczona, gotuje obiad, podaje go, wychodzi na spektakl... W tej chwili chętnie bym zatrudniła gosposię, która gotowałaby dobre rzeczy. A najlepiej, gdyby robił to mój mąż, ale on niestety jest przyzwyczajony, że ja go obsługuję. Ale muszę to w końcu zmienić. Teraz świetną możliwością relaksowania się jest dla mnie... siedzenie i myślenie. Myślę, że jestem już na takim etapie życia, że mogę sobie pozwolić na nic nie robienie.

A czy wspominasz szczególnie jakieś zabawne wydarzenia z desek teatru albo planu filmowego?
Na mojej pierwszej premierze, a była to „Ania z Zielonego Wzgórza” przewróciłam się tyłkiem do publiczności. Ale to podobno wróży wiele dobrego i to się sprawdziło. Poza tym kiedyś musiałam jechać na spektakl we Wrocławiu... awionetką, bo produkcja chciała zaoszczędzić na biletach. A to był strasznie ważny spektakl, na który przyjechali dyrektorzy festiwalu z Bonn. Myślałam wtedy, że nie przeżyję tego lotu. Ale w końcu – nie wiem jak długo to trwało – doleciałam. To był czas „Dynastii” i wszyscy się śmiali, że przyleciałam jak Carringtonowa – własnym samolotem.

Śląsk nie jest Ci obcy...
Wychowałam się na przedmieściach Mysłowic i myślę, że więź została. Tak naprawdę jestem mocno związana ze Ślązakami i ich mentalnością. Wydaje mi się, że to jest taki odrębny ludzki gatunek: ludzi szczerych, nie „certolących się z życiem”, których życie nie rozpieszczało, którzy lubią pracować, są uczciwi, rzetelni.

Od kiedy wiedziałaś, że zostanie aktorką?
Od zawsze. Byłam komediantem, zawsze maleńka i bardzo widoczna. Choć może to świadome „wiedzenie” było od momentu, gdy zdałam do szkoły teatralnej. Myślę, że jeśli dostaje się taką normalną porcję energii od Pana Boga w nienormalne ciało, to jest zawsze za dużo.

Wolisz teatr czy film?
Telewizja i cały ten nasz show-biznes jest lekko niepoważny, wobec tego ja się z tym światem nie za bardzo identyfikuję. Dzisiaj bardzo łatwo jest być osobą medialną i niekoniecznie musi za tym stać talent, albo predyspozycje. Wolę miejsce gdzie potrzeba czegoś szczególnego, żeby się tam odnaleźć, a takim miejscem jest niewątpliwie teatr.

A czy widzowie identyfikują Cię z postaciami, które grasz?
Ta Monika cały czas na mnie wisi, bo jednak co tydzień jest się na ekranie, a telewizor ma prawie każdy. Ale myślę, że mam to szczęście, że grałam zróżnicowane role i udało mi się nie popaść w rutynę. Mam ambicję, aby nie być osobą tylko jednego serialu i jestem przekonana, że tak nie skończę.

Znałaś Pszczynę wcześniej czy to Twoja pierwsza wizyta?
Jestem tutaj trzeci raz, pamiętam że byłam kiedyś w Zamku. Poza tym w szkole średniej miałam stąd koleżankę, a w zakładzie fryzjerskim mojego ojca uczyła się dziewczyna z Frydku. Natomiast ta wizyta jest z potrzeby serca.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Marcela Pniok, "Gazeta Pszczyńska"


pin

T G+ F

1

1
1
1
1
1
1
1
1
1
1
1
1
1
1
1
1

Zobacz także

Wypadek w Warszowicach: szczęście w nieszczęściu
Wypadek w Warszowicach: szczęście w nieszczęściu
Potrójne szczęście u Prządków
Potrójne szczęście u Prządków
Złóż informację o dochodach i deklarację roczną w terminie
Złóż informację o dochodach i deklarację roczną w terminie
gorący temat
Uczniowie, nauczyciele, rodzice prosili. Radni nie posłuchali
Uczniowie, nauczyciele, rodzice prosili. Radni nie posłuchali
Odwołują wydarzenia w związku z żałobą narodową
Odwołują wydarzenia w związku z żałobą narodową

Komentarze:

treść:
autor:

SQL: 18