Nie stać nas na przetaczanie krwi dwa razy do roku

26.08.2014, 10:59

Pszczyna

Budka Suflera, gwiazda Dni Pszczyny, najdłużej działający bez przerwy zespół na polskim rynku muzycznym, kończy w tym roku działalność artystyczną. O historii i teraźniejszości polskiej muzyki rockowej rozmawiamy z Krzysztofem Cugowskim i Romualdem Lipko.

Muszę zadać to pytanie. Dlaczego Budka Suflera schodzi ze sceny?
Krzysztof Cugowski: Gramy ponad 40 lat i wydaje nam się, że już wystarczy. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

40 lat to rzeczywiście szmat czasu, ale są zespoły jak The Rolling Stones czy Deep Purple, które grają dłużej i nie słychać, by miały się żegnać ze sceną...
Krzysztof Cugowski: Gdybyśmy żyli w ich realiach, to pewnie byśmy dalej grali, ale żyjemy w zupełnie innych. Na biologię nie mamy wpływu. Nie stać nas na przetaczanie krwi dwa razy do roku (śmiech).

Zakończenie działalności Budki Suflera nie oznacza chyba całkowitego rozbratu panów se sceną?
Krzysztof Cugowski: Zdecydowanie tak, mamy zamiar jeszcze pożyć (śmiech).
Romuald Lipko: Absolutnie nie żegnam się ze sceną. Nie potrafię żyć bez muzyki, na pewno będę coś robił, ale na razie odpocznę.

Zaczynaliście karierę na początku lat 70., w okresie kiedy muzyka rockowa święciła triumfy. Czy da się porównać tamte czasy do obecnych?
Romuald Lipko: To tak, jakby porównywać samochody z tamtego czasu, z tymi, które są w tej chwili. Pan mówi o czasach, które były kolebką muzyki rockowej, a teraz mamy czasy, które są jej grobem…

Gorzkie słowa...
Romuald Lipko: Dla mnie muzyka rockowa straciła sens, jako rodzaj buntu, przeciwstawiania się czemuś. Pan mówi o młodej dziewicy, wspaniałej, która się kiedyś narodziła, a teraz mamy do czynienia z czymś co już przebrzmiało i próbuje czasami spod kołdry wyglądać. Ale to tylko replika tego, co się działo kiedyś.
Krzysztof Cugowski: W latach 70. muzyka rockowa w Polsce była głównym nurtem muzyki rozrywkowej. I taka jest różnica. W tej chwili to jest nisza, bo muzyki rockowej na rynku jest mało, a jeżeli jest, to jest spychana na margines.

Czy dzisiaj młode zespoły mają szansę na taką karierę, jaką zrobiła Budka Suflera?
Romuald Lipko: Na taką na pewno nie. Choćby z tego powodu, że kiedyś ludzie kupowali muzykę, a dzisiaj tylko nieliczni to robią w sposób przemyślany i zaplanowany, by wypełnić własne wnętrze słuchaniem takiej, a nie innej muzyki. Teraz muzyka jest okazjonalna - na styczeń, na luty, na czerwiec, na październik... Obowiązuje muzyka sezonowa. Piosenkę gra się w radiu dwa tygodnie, potem wchodzi nowa tzw. ramówka i gra się następne piosenki. Dlatego nikt nie zrobi kariery, bo nikt nie chce, żeby coś trwało dłużej niż jedno pranie albo jeden posiłek.

Współpracowaliście z wieloma wybitnymi muzykami, nie tylko polskimi, ale też zagranicznymi, jak Marcus Miller, Steve Lukather czy Gary Brooker. Jakiego rodzaju było to dla panów doświadczenie?
Romuald Lipko: Wszystkich nas ciekawiła praca w zachodnim studio nagraniowym. Nie będę wymieniał CV poszczególnych muzyków, którzy z nami pracowali, bo jest imponujące. To muzycy elity światowej. Podczas naszego pobytu w Stanach Zjednoczonych w 2004 r. zobaczyliśmy fragment kuchni nagraniowej i poznaliśmy wspaniałych ludzi. Relacja, którą wytworzyli z nami była taka zwyczajna, prosta. Sprawdziło się porzekadło o muzycznej rodzinie. Pod każdym względem było to dla nas pouczające doświadczenie.
Krzysztof Cugowski: Muzycy po tamtej stronie Atlantyku są ludźmi skromnymi i jeżeli przyjmują jakąś propozycję współpracy, wykonują ją bez szemrania i podporządkowują się decyzjom tego, kto zaprasza do współpracy.

Budka Suflera nagrała 15 płyt studyjnych. Która z nich jest panom szczególnie bliska?
Romuald Lipko: Na myśl przychodzi mi pierwsza płyta - „Cień wielkiej góry. Nie tylko dlatego, że to nasze pierwsze dziecko, ale także dlatego, że była udana artystycznie i stworzyła podwaliny do naszej kariery. Jest na niej parę wyjątkowych utworów, które oparły się czasowi, do dzisiaj je gramy i robią wrażenie.

A czy spodziewaliście się, że płyta „Nic nie boli tak jak życie” z 1997 r. odniesie tak ogromny sukces komercyjny?
Krzysztof Cugowski: Najbardziej zaskoczyło nas to, że utwór „Takie tango stał się wielkim przebojem, bo lokomotywą tej płyty miała być zupełnie inna piosenka – „Jeden raz”. To pokazuje, jaką to dla nas było niespodzianką. To rzeczywiście przerosło nasze najśmielsze oczekiwania.

Ta płyta była nagrywana w bardzo ciekawym okresie dla polskiej muzyki rozrywkowej...
Krzysztof Cugowski: Rynek muzyczny w tym czasie nabierał w Polsce dopiero kształtu. Wcześniej, przed 1989 r. nie było rynku, byli decydenci, którzy decydowali kto ma nagrywać i ile płyt ma się sprzedać. Naszej pierwszej płyty wydrukowano 60 tys. egzemplarzy, a można jej było sprzedać pewnie pół miliona. Natomiast lata 90. były czasem ogromnego rozwoju polskiej fonografii, ale już w połowie nowego stulecia ta fonografia się skończyła. W tej chwili o sprzedaży płyt nie ma co mówić, bo płyty się po prostu nie sprzedają. Żeby zdobyć Złotą Płytę trzeba sprzedać 15 tys. egzemplarzy. To jest komedia.

Życie muzyka rockowego to nie tylko blaski i splendory, ale także ta ciemniejsza strona życia...
Krzysztof Cugowski: Dajmy spokój (śmiech).
Romuald Lipko: Mogę zapewnić pana i czytelników, że to wygląda o wiele mniej atrakcyjnie z tyłu niż przodu. Ale Bogu dzięki, że można taką iluzję wytworzyć i ze sceny zrobić miejsce pełne uznania i podziwu od publiczności.

Rozmawiał Jacek Bielenin

jack

T G+ F

Galeria

Zobacz także

Rondo razy dwa
Rondo razy dwa
Polacy dwa razy lepsi od Włochów!
Polacy dwa razy lepsi od Włochów!
O bezpieczeństwie na drodze w Osiedlowym Domu Kultury w Pawłowicach
O bezpieczeństwie na drodze w Osiedlowym Domu Kultury w Pawłowicach
Kurs fotograficzny dla początkujących. Trwają zapisy!
Kurs fotograficzny dla początkujących. Trwają zapisy!

Komentarze:

treść:
autor:

SQL: 18